czwartek, 3 listopada 2011

Dolomity 2011

Czy w życiu wszystko ma swój sens czy jest po prostu zbiegiem okoliczności? ;)

W lipcu 2010, wchodząc z Pawłem dość wcześnie rano na Rysy spotkaliśmy niejakiego Jarka Kardasza. Pochwaliwszy się mu że mamy ślad GPS z robionego dzień wcześniej wejścia na Gerlach, poprosił mnie o wysłanie mu go mailem. W ten sposób uzyskałem adres Jarka i szybko po powrocie do domu wygooglałem że prowadzi on jedną w niewielu polskich stron o via ferratach.

Via Ferrata czyli za wikipedią "droga wspinaczkowa ubezpieczona dla celów autoasekuracji liną stalową, stopniami, drabinkami i mostami". A po mojemu to coś pomiędzy wspinaczką skałkową a trekingiem po orlej perci.

Wtedy niewinnie zaświtało w głowie, że trzeba tego kiedyś spróbować...

Pół roku później z Pawłem wybieraliśmy się na szkolenie lawinowe. Jednak z różnych powodów Paweł musiał z niego zrezygnować w ostatniej chwili. Zostałem sam na pastwę nieznanych mi osób ;) Być może to właśnie spowodowało, że poznałem kolejne kilka duszyczek, które przyczyniły się do tego że z końcem lipca 2011 wyruszyłem z Łukaszem i Adamem w Dolomity na via ferraty.

Jak zwykle przygotowania do wyjazdu zeszły się na ostatnią chwilę. Będąc kompletnie bez pieniędzy czekałem, aż znajomi przywiozą mi zwróconą kaucję za wynajem mieszkania w Berlinie. Około 300euro które musiały starczyć na cały wyjazd. Ktoś pożyczył mi lonżę ferratową, ktoś inny czekan, a jeszcze inny resztę szpeju wspinaczkowego (HMSy i taśmy).

Zrobione zakupy na całe 2 tygodnie spakowaliśmy do mojej niezniszczalnej, 19-letniej astry, która dzielnie przejechała na tej wyprawie prawie 3 tys. km. :)

Cały wyjazd przebiegł pod znakiem stawiania oporu. Misiek czyli Łukasz stawiał opór kopcąc nam fajkami od rana do nocy. Adam stawiał opór uciekając na zejściach na pół godziny do przodu. A ja stawiałem opór za kierownicą ograniczając prędkość do komfortowego dla mnie (i pewnie irytującego resztę) minimum ;)

Bardzo ważna była komunikacja w górach gdyż duże przestrzenie powodowały rozproszenie głosu:
Misiek: Sławek zaczekaj że kurwa.
Sławek 100m dalej: Co? Nie słyszę cię...
Misiek: A to spierdalaj!

... na dole ...

Sławek: Co tam krzyczałeś do mnie?
Misiek: Żebyś zaczekał.
Sławek: Zrozumiałem tylko że chcesz żebym spierdalał ;)

Na szczęście ani wzajemny opór ani problemy komunikacyjne nie przeszkodziły nam zrealizować swoich celów i nie zwaśniły nas do siebie.

Więcej o wyjeździe można przeczytać w relacji Łukasza, tu:
http://mountainadventure.weebly.com/dolomity.html
i tu:
http://mountainadventure.weebly.com/alpy-julijskie.html

Natomiast zdjęcia można zobaczyć tu: https://picasaweb.google.com/111683690889104310134/Dolomity2011#slideshow/5649355822924985810

Zapraszam :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Dobry i tani serwis rowerowy w Krakowie

Stanisław Sobucki - serwis i sklep rowerowy
ul. Mogilska 33
31-545 Kraków
http://www.rowerymogilska33.za.pl/index2.htm

Muszę tu zareklamować ponieważ trafiłem tam przez przypadek na dzień przed wyjazdem z sakwami. Panowie odratowali mój rower. Nie żebym go specjalnie serwisował na ostatnią chwilę. Rower był wcześniej w serwisie Secesja (OMIJAĆ!) i nic praktycznie nie zostało zrobione.

Na mogilskiej starszy pan, również sakwiarz, zaopiekował się moim Unibikiem jak swoim, wymienił i wyregulował wszystko w pośpiechu bym zdążył na pociąg ale jednocześnie bardzo solidnie, a co najważniejsze jak na krakowskie warunki zapłaciłem śmieszne pieniądze!

Dlatego szczerze polecam !

środa, 30 czerwca 2010

Korona Słowiańszczyzny

I znów w podróży :) Tym razem po krajach słowiańskich. Zapraszam na bloga wyprawy który będziemy starać się aktualizować na trasie. http://korona.oz.pl/

czwartek, 29 kwietnia 2010

Przygodo, przygodo!

Około rok temu wracając z przejażdżki rowerowej dostrzegłem zmierzających do Krakowa dwoje sakwiarzy. Powiedziałem oczywiście "Cześć" oni odpowiedzieli "Hi" i tyle. Potem troszkę żałowałem, że nie zagadałem coś więcej, nie zaprosiłem ich do domu, nie postawiłem obiadu, nie uraczyłem dobrym słowem, nie pokazałem okolicy... Ale przyrzekłem sobie, że kolejny raz będąc w takiej sytuacji, nie przegapię okazji by zdobyć się na otwartość wobec podróżujących - w końcu tyle się mówi, że jadąc na wschód wszędzie witanym się jest z otwartymi rękami a nasz zachód to taki obmierzły :)

Wracałem dziś rowerem z uczelni. I całe szczęście, że przesiadłem się z komunikacji miejskiej na rower, bo jak wiadomo rower niesie za sobą same przygody, nawet na takim nudnym odcinku jak dojazd z centrum do domu :) Przedzierając się między samochodami zastanawiałem się czy w znudzonym, choć ukochanym Krakowie może mnie coś jeszcze zaskoczyć.

Dojeżdżam do kolejnych świateł. I widzę w oddali rowerzystę. Pierwsza myśl to oczywiście wyprzedzić na moim single-speed (rowerze jednobiegowym) :) Ale nagle z za samochodów wyłaniają się piękne czerwone sakwy (ORTLIEB). Dojeżdżam i krzyczę cześć sakwiarzu dokąd jedziesz a po chwili to samo po angielsku. - Na Ukrainę. - A potem ? - Władywostok... Na tą wieść moja twarz się ogromnie rozpromieniła i krzyczałem dalej musisz ze mną zjeść pizze! Matthias nie protestował :D

Dojechaliśmy do Magillo zjedliśmy dużą salami, wypiliśmy Żywca noi gadaliśmy dość długo o podróżach. Przede wszystkim tych odbytych przez Matthias'a. A było trochę tego, obie Ameryki, Bliski i Daleki Wschód, Europa a jakże oraz Australia. Niezły zawodnik ma za sobą i wyprawy 3 miesięczne i 2 letnie :) Pewnie powiecie milioner :D Nic z tych rzeczy pracuje, dorabia i potem jedzie, na jednej półtora-rocznej wyprawie wydał 12 tyś. DM.

Wymieniliśmy się adresami... mam dostać kartkę z trasy, więc i ja pewnie też wyślę. A to już druga moja obiecana kartka z dalekiej podróży bo pierwszą mam dostać od Robba i Ani z Jedwabnego Szlaku :)

Ruszyliśmy w stronę Gdowa przez Chorągwicę, najwyższy punkt w okolicy, by zobaczyć panoramę Beskidów i Krakowa. I nawet tak "oblatanemu" podróżnikowi panorama się podobała :) I ten niesamowity efekt gdy jedzie się wzgórzem a po jednej stronie płasko jak stół po horyzont a po drugiej beskidzkie tysiączniki.

Przed Gdowem się rozstaliśmy Matthias ku przygodzie na wschód a ja do domu z uśmiechem od ucha do ucha bo taki to był niesamowity dzień.

Powodzenia, szerokiej drogi! :)



sobota, 3 kwietnia 2010

Jerusalem


Przez ostatni tydzień obserwujemy i wspominamy wydarzenia, które miały miejsce w tym właśnie mieście. Mieście niezwykłym gdzie ścierają się 3 największe religie tego świata oraz niezliczona ilość ich wyznań. W samej Bazylice Grobu Świętego, która jest dziś odwiedzana, "urzęduje" 6 wyznań chrześcijańskich (Kościół rzymskokatolicki, grekoprawosławny, ormiański, syryjski, koptyjski i abisyński).

Ale przecież nie po to zacząłem ten wpis aby opisywać Jerusalem.

W Niedzielę Palmową używając Facebook'a napisał do mnie pewien palestyński sklepikarz poznany w Bethlehem - mieście oddalonym o 9km od Jerozolimy. A rozmowa wyglądała tak:

Rozmowa z dnia 28 marzec 2010:
(18:38:42) George H.: hi
(18:38:48) George H.: nice to see you here
(18:39:25) Sławomir Wójcicki: hi George
(18:39:57) George H.: witamy
dalej rozmowa już przetłumaczona
Sławomir: Również miło Cię widzieć, co słychać w Bethlehem? Czy wszystko w porządku czy polepsza się czy pogarsza?
George: Próbowaliśmy dziś jechać do Jerusalem na Niedzielę Palmową.
Sławomir: ok, czyli w dalszym ciągu problemy z murem ?
George: tak, ponieważ jesteśmy terrorystami
George: sytuacja pogarsza się wojska izraelskie strzelają do nas gazem i biją nas
George: 52 arabskich chrześcijan z Bethlehem zostało pobitych
George: Ponieważ jesteśmy terrorystami...
Sławomir: Nie wiem jak wam mogę pomóc, staram się mówić wszystkim wokoło że Arabowie to mili ludzie i nie są terrorystami ponieważ poznałem Ciebie i to wiem
George: Jeśli jesteś pewien tego że jesteśmy mili
George: i jeśli to mówisz ludziom wokół ciebie
George: to wspaniale

George jest palestyńskim chrześcijaninem. Ma dwie córki w wieku szkolnym. W jego sklepie kupowaliśmy piwo i orzeszki, kawę internet lody i polskie radio dostawaliśmy za darmo :)

Więc to tyle... Zostawiam bez komentarza do własnych przemyśleń. Poniekąd z podróżami i spotykanymi ludźmi związanych.

Dla niewtajemniczonych krótka notka o murze



Część muru oddzielającego Izrael od palestyńskiego Zachodniego Brzegu.
Państwo Izraelskie buduje na koszt własny kilkuset kilometrowy mur oddzielający Palestynę od Izraela. Izraelici mogą przekraczać mur w obie strony natomiast Palestyńczycy nie mogą wjechać na teren Izraela. W efekcie mieszkańcy Betlejem, które znajduje się w części Palestyńskiej, nie mogą wyjechać do oddalonej 9 km Jerozolimy. My jako turyści przekraczaliśmy mur podróżując między tymi miastami kilkakrotnie. Zawsze byliśmy poddawani kontroli paszportowej przez wojska izraelskie, natomiast sam mur jest wyposażony w kolczatki, zasieki, snajperów, a widoczna na zdjęciu metalowa brama wyposażona w chowane w drodze kolczatki oraz dwa punkty kontrolne w każdą stronę. Fotografowanie muru jest zabronione pod karą aresztu w przypadku turystów a nawet ostrzelania w przypadku fotografowania przez Palestyńczyków :/
Polecam filmik ze zdjęciami muru http://pl.youtube.com/watch?v=HMyjywN-8Ac

środa, 23 grudnia 2009

Rowerowanie zimą

"...w podróży najważniejsze jest mieć czas, nawet czas jest ważniejszy niż pieniądze [...] im więcej ma się czasu tym spokojniej się wszystko robi..."
To słowa podróżnika Robba Maciąga z audycji radiowej, którą można posłuchać tutaj -> http://www.ku-sloncu.org/takie-sobie-radio/ Polecam!

W ostatni poniedziałek miałem właśnie czas i postanowiłem go wykorzystać na nieco dłuższe rowerowanie.

Jako, że za oknem -5 st. C oraz pełno śniegu, wykorzystać do tego celu musiałem stary rower, który trzeba było wcześniej doprowadzić do stanu używalności. Zamiast wymieniać wszystkie komponenty na nowe, poodkręcałem wszystko (przerzutki, hamulce, linki, pancerze, manetki) i zostawiłem jeden hamulec. Trzeba było również skrócić łańcuch ponieważ nie było już przerzutek. Pomógł mi w tym Waxmund, który pożyczył mi rozkuwacz łańcucha. Rower zrobił się jednobiegowy (singlespeed) ale nie planowałem jazdy po górkach. Można więc było ruszać.

Ktoś powie "o tej porze roku na rowerze to szaleństwo", ale odpowiednia dieta, w miarę rozsądny strój oraz odrobina pozytywnego myślenia i można zrobić z zimowej rowerowej wycieczki bardzo przyjemny wypad.

Pod słowem dieta kryje się czosnek, który wzmacnia odporność, ale jeść go trzeba przez jakiś czas w miarę systematycznie by odporność rzeczywiście wzmocnić. Druga rzecz to witamina C, której największym naturalnym źródłem jest dzika róża. Ja do herbatki piję sok z takiej właśnie dzikiej róży. Te dwie rzeczy mają mnie chronić przed grypą i przeziębieniem, które mogą dopaść w okresie zimowym po dużym wysiłku fizycznym i osłabieniu organizmu.

Jeśli chodzi o ubiór to powinien być tak dobrany by przy danej temperaturze podczas jazdy nie było zbyt zimno ani zbyt gorąco. Jest to dosyć trudne do osiągnięcia ale próbując różnych kombinacji strojów w różnych temperaturach można wypracować swoje optimum. Mój strój wygląda tak:
- grube narciarskie skarpetki
- zimowe buty z membraną Gore-Tex
- bawełniane kalesony
- krótkie spodenki - mają chronić przed zmarznięciem pupy ;)
- długie spodnie dresowe
- podkoszulek termoaktywny - Craft
- podkoszulek bawełniany
- cienki polar
- kurtka zimowa
- kominiarka
- czapka zimowa

Taki strój pozwalał mi czuć się w miarę komfortowo podczas 5 h jazdy. Na początku podczas podjazdów lub też szybszego tempa pociłem się. Na dłuższą metę takie pocenie mogło by doprowadzić do wyziębienia organizmu. Sprawdza się tu jednak podkoszulek termoaktywny, który odprowadza ze skóry pot na zewnątrz sprawiając, że skóra jest sucha. Po około dwóch godzinach jazdy, organizm przyzwyczaja się do nowych warunków i przestaję się w ogóle pocić.

Obrałem trasę (znów) do Puszczy Niepołomickiej, ponieważ spodziewałem się tam spokoju i ładnych zimowych krajobrazów. Tak też właśnie było. Mam czas, nigdzie się nie spieszę. W Niepołomicach obserwuję ten przedświąteczny ruch. Dzieci wracają ze szkoły dorośli robią zakupy. Sporo osób również do sklepu podjeżdża na rowerze, mimo tej niskiej temperatury. Jednak w takich małych miejscowościach rower pełni funkcję narzędzia, jest środkiem transportu czynnym przez cały rok. To tylko w dużych miastach ludzie używają rowerów w celach rekreacyjnych i tylko w sezonie, natomiast do tesco i tak zawsze jadą autem, bo szybciej? Tylko po co ten pośpiech...

Gdy dojechałem do końca puszczy i chciałem kupić coś do jedzenia, zorientowałem się że nie mam przy sobie pieniędzy. :) Powrót na pusty żołądek już nie należał do najprzyjemniejszych ale jakoś się "doczołgałem" do domu.




piątek, 23 października 2009

Trzy przełęcze

Już od dłuższego czasu chodziła mi po głowie Przełęcz Słopnicka, wspomniana już wcześniej na blogu w tym miejscu. Jednak za każdym razem, gdy miałem się tam udać (rowerem oczywiście) coś w ostatniej chwili przeszkadzało mi w tym.

W końcu pomysł udało się zrealizować w słoneczną, wrześniową niedzielę. Na wycieczkę wyciągnąłem Antka. Antek był po chorobie a przed nami (wg. Google Maps) kreowała się 150-cio kilometrowa trasa. Dlatego też, mieliśmy się nie przeforsowywać i odpuścić przełęcz jeśli forma Antka okazałaby się kiepska.



Ruszyliśmy we mgle o 8. Przez Chorągwicę, po ponad godzinie, dotarliśmy do Gdowa, gdzie zrobiliśmy zakupy, a ja zjadłem śniadanie. Pierwsze 25 km na pusty żołądek bardzo mi odpowiada :) Po tym śniadanku kolejne 25km pedałowania i po 3 godzinach jesteśmy jesteśmy już w miejscowości Szczyrzyc, słynnej z klasztoru Cystersów.



Trafiliśmy akurat na końcówkę Mszy Św. więc w pobliżu zjedliśmy drugie śniadanie i czekaliśmy, aż wszyscy wyjdą z kościoła by móc pozwiedzać. Kolejnym celem był słynny Tymbark, gdzie miała zapaść decyzja o dalszej jeździe lub powrocie.



Po zakupie soczków i zrobieniu pamiątkowego zdjęcia, postanowiliśmy jechać dalej. Pomogła nam w tym postanowieniu sportowa dusza Antka, która nie umiała się poddać i która twierdziła, iż mimo lekkiego zmęczenia nóg czuje się świetnie i ma mnóstwo sił. Oczywiście jak mogłem się temu sprzeciwić? :) Przełęcz kusiła mnie również, lecz jak się później okazało, sprzeciwić się powinienem.



Kilka kilometrów za Tymbarkiem, na początku podjazdu zrobiliśmy postój energetyczny przy sklepie. Po uzupełnieniu niezbędnych kalorii, ruszyliśmy w stronę przełęczy, której podjazd był niesamowicie malowniczy.





Na górze z wysokości 759 m n.p.m. mogliśmy podziwiać piękne widoki, gdyż przełęcz nie jest zalesiona. Po krótkim odpoczynku oraz sesji zdjęciowej ruszyliśmy na długi (7km) i szybki zjazd do Kamienicy, skąd wreszcie zaczęliśmy wracać w stronę Krakowa. W tym momencie Antka dopadł pierwszy kryzys (po 90km). Nogi nie chciały już pedałować, więc zwalniliśmy maksymalnie i powolutku przesuwaliśmy się do przodu, jadąc 10km/h i fotografując przydrożne grzyby ;)






Tak właśnie z wieloma przerwami (w tym jedną na jedzenie) dotarliśmy na Przełęcz Przysłop Lubomierski (750 m n.p.m.) Przełęcze mają to do siebie, że po podjeździe jest zjazd :) A że jechaliśmy na północ, zjazdy były dłuższe niż podjazdy. Dlatego też z Przysłopu do Mszany Dolnej mogliśmy dojechać praktycznie bez pedałowania.



W Mszanie kolejny odpoczynek, i pytanie czy jedziemy dalej czy załatwiamy transport samochodowy, lub też wsiadamy do busa. Lecz Antek dalej nie dawał za wygraną, odpowiadając "Jedziemy!".

Wdrapaliśmy się więc powoli na kolejną przełęcz - Wierzbanowską. A z niej zjazd znów był bardzo długi, aż do Dobczyc. W tym momencie oboje już czuliśmy w nogach przebytą trasę (150km) jednak oboje byliśmy jeszcze przytomni i nie widać było po nas zmęczenia. Jednak przed nami ostatni odcinek - 20km i niepozorne lecz wymęczające Pogórze Wielickie. Do tego robiło się już ciemno.

Ten odcinek dał Antkowi nieźle w kość, widać było już po nim, że jedzie na resztkach sił i że jazda przestaje być przyjemnością. Ja natomiast stresowałem się jego stanem zdrowia i poranną pobudką do szkoły kolejnego dnia. Jednak zapewne radość z pokonanego dystansu jak i przewyższenia sprawiła iż w nocy cała stracona energia została naładowana, a efektem ubocznym były lekkie dreszcze ;)



Tak więc wyjazd można uznać za udany i wyjątkowy ze względu na piękną pogodę, zdobyte cele oraz rekordy. Ja natomiast nauczyłem się aby nie zawsze wierzyć 13-latkom gdy mówią, że czują się świetnie ;)


Poniżej nasza trasa.


Trasa rowerowa 319572 - powered by Bikemap